Od pierwszych koncertów hardcore’owych w klubach na kilkadziesiąt osób, po hale i największe gwiazdy światowej sceny – historia Winiary Bookings to opowieść o pasji, determinacji i konsekwentnym budowaniu marki, która dziś jest jednym z filarów polskiego rynku koncertowego. Tomasz Masłowski i Bartosz Stobiński wspominają początki, zdradzają kulisy pracy w branży i opowiadają, jak zmienia się świat muzyki na ich oczach.
Tomasz Masłowski: Na pewno wspominamy je z wielkim sentymentem. To był czas, kiedy tak naprawdę nie do końca jeszcze wiedzieliśmy, co robimy i działaliśmy w 90% intuicyjnie. Mieliśmy w głowie mnóstwo pytań i cały ten muzyczny świat wydawał nam się niesamowicie fascynujący. Pamiętam, że od początku mieliśmy w sobie taką chęć odkrywania. Z każdym kolejnym koncertem uczyliśmy się czegoś nowego. Czasami te lekcje bywały również bolesne i bardzo stresujące. Szczególnie kiedy mieliśmy przed sobą nowe wyzwania i nie mieliśmy gotowego planu działania. Dziś już w większości wiemy, na co być przygotowanym, jednak mimo upływu lat cały czas coś w tej pracy potrafi nas zaskoczyć.
Bartosz Stobiński: To były fajne i dość beztroskie czasy, które do dzisiaj raz po raz wspominamy z uśmiechem na ustach. Bookowaliśmy praktycznie tylko koncerty kapel, którymi się jaraliśmy jako młodzi ludzie. Ściąganie artystów z USA czy Australii, których się słuchało z płyt czy na YouTube, na koncerty z biletami po 20-30zł to jest coś, co z nami zostanie już do końca życia. Jako mały, DIY promotor pracujący z artystami, którzy wtedy grali malutkie koncerty na 50-150 osób, a dziś potrafią sprzedawać duże obiekty, było się też dużo bliżej tych zespołów. Z niektórymi potrafiliśmy czasem zabalować po koncercie na mieście, a niektóre z tych znajomości zostały z nami do dzisiaj. Do dziś możemy być wdzięczni naszemu, świętej pamięci, przyjacielowi Stjupowi, że wprowadził nas w ten koncertowy świat i namówił na to, żeby rozkręcić bardziej scenę hc/punkową, bo z czystej zajawki stało się to naszym sposobem na życie, nawet nie wiadomo kiedy.
Tomasz Masłowski: Nie powiedziałbym może, że głównie, ale cały czas śledzimy scenę hardcore/punk i dużo słuchamy tej muzyki. Jest to chyba coś, co zostanie z nami w jakimś stopniu na zawsze. Nasz gust muzyczny ciągle ewoluuje. Chcemy eksplorować i doświadczać różnych muzycznych wrażeń.
Bartosz Stobiński: Na pewno nadal czujemy silne powiązanie z naszymi muzycznymi korzeniami i oferta koncertów hardcore/punkowych to nadal ważna część naszych bookingów, ale nasze muzyczne DNA jest dzisiaj dużo bardziej pokręcone, bo słuchamy tak naprawdę wszystkiego i to, że promujemy imprezy jazzowe, popowe, rockowe, elektroniczne, hip-hopowe czy alternatywne, to nie jest żaden przypadek, bo to tak naprawdę odzwierciedla w pełni nasze spektrum zainteresowań muzycznych prywatnie. Jesteśmy pasjonatami muzyki w każdym tego słowa znaczeniu i zawsze nam zależało na tym, aby nie zamykać się muzycznie, więc tym bardziej jesteśmy dumni z tego, jaką ofertę koncertową udało nam się zbudować na przestrzeni tych lat oraz że nasz Winiarowy team w pełni się identyfikuje z tą różnorodnością. Puszczanie muzyki danego artysty w dniu ogłoszenia to już taki biurowy klasyk u nas!
Tomasz Masłowski: Szczerze mówiąc, nie jestem w stanie tak sięgnąć pamięcią. Nie przypominam sobie jednego takiego momentu. Na pewno napędzał nas każdy koncert, na którym mieliśmy wypełniony klub i wtedy mieliśmy takie poczucie, że warto to robić. Mimo wielu porażek przychodziły właśnie takie chwile, które dawały nam wiatr w żagle i myślę, że dlatego nigdy się nie poddaliśmy.
Bartosz Stobiński: Takich momentów było chyba kilka. Pierwszy „zarobiony” koncert na kilka stówek, które szybko upłynniliśmy na imprezę ze znajomymi i z zespołem. Pierwszy halowy koncert (Little Big na EXPO XXI w Warszawie w 2019 r.), gdzie ta fala ludzi zrobiła na nas naprawdę ogromne wrażenie, a o samym evencie mówiono w kilku telewizjach. Do dziś trudno nam uwierzyć, że wydarzenie na Facebooku zgromadziło ponad 30 tys. fanów zespołu! Ważnym momentem, który pchnął nas do przodu, był też na pewno nasz pierwszy koncert w życiu, organizowany w Poznaniu z mocno metalcore’owym składem. Kiedy ogłosiliśmy wydarzenie i dowiedzieliśmy się, że w Warszawie tego samego dnia zagra bardzo mocny, międzynarodowy skład deathcore’owy to entuzjazm mocno opadł, a koniec końców okazało się, że to nasz event zabrał konkurencji sporo odbiorców i ściągnęliśmy ponad 100 osób na nasz organizacyjny debiut. Wtedy decyzja była jasna – zakładamy fanpage i nie zatrzymujemy się.
Tomasz Masłowski: Wydaje mi się, że dziś głównie ludzi interesują duże nazwiska, które wypełniają areny oraz stadiony. To wydarzenia, na których fajnie się pokazać i móc pochwalić znajomym, że się tam było. Oferują one z reguły spektakularne show, które ludzie chcą dziś oglądać, a nie koniecznie doświadczać samej muzyki. Zobaczcie ilu artystów gra dziś bez masywnej oprawy scenicznej, fajerwerków, wizualizacji itd. Dożyliśmy czasów kiedy stało się to normą i wręcz oczekuje się tego od artysty. Nie neguje tego. To nie jest nic złego. Natomiast coraz częściej zaczynam doceniać występy artystów, którzy po prostu potrafią pojawić się na scenie z gitarą i tak wciągnąć publiczność swoją twórczością, że nie potrzebują do tego CO2, pirotechniki itp. Wydaje mi się, że prostota często jest piękna, tylko nie potrafimy tego docenić. Z perspektywy czasu odczuwamy, że coraz ciężej jest zainteresować publiczność mniejszymi kameralnymi koncertami, chociaż oczywiście taka nisza istnieje.
Bartosz Stobiński: W ciągu ostatniego roku szczególnie dostrzegamy dość niepokojący trend rezygnowania z małych koncertów klubowych na rzecz dużych wydarzeń na halach czy stadionach. Widać to po ciągle rosnącej ilości tras halowych i stadionowych w Polsce oraz po tym jak te obiekty są wypełniane po brzegi. To na pewno martwi, bo bez małych tras i koncertów w najmniejszych obiektach trudno będzie kreować nowe gwiazdy, które zapełnią te największe miejsca. Mówimy tu oczywiście o artystach, którzy zbudują sobie pozycję na lata, a nie zagrają jedną trasę przez TikTokowy viral i zaraz znikną. Chodzenie na stadiony stało się modne i nie raz mamy wrażenie, że odbiorcy koncertów niekoniecznie idą na ten stadion dla samego artysty, ale dla prestiżu wydarzenia i chęci pokazania się na evencie, na którym będą przysłowiowi „wszyscy”.
Tomasz Masłowski: Mnie chyba osobiście najbardziej ekscytuje proces negocjacji i dopinania bookingów. Moment, w którym finalizujemy umowy z artystami, a następnie ogłaszamy wydarzenia i obserwujemy reakcje ludzi, jest najbardziej ekscytujący.
Bartosz Stobiński: Nadal ekscytujących jest kilka faz przygotowań. Sam moment rozpoczęcia rozmów negocjacyjnych z agentem i oczekiwanie na potwierdzenie koncertu to zawsze wyczekiwanie i lekka niepewność. Moment ogłoszenia wydarzenia to też duża dawka emocji. Jaki będzie odbiór ogłoszenia, jak wystartuje sprzedaż, na to zawsze czekamy z niecierpliwością. No i sam koncert, kiedy już jesteś na miejscu, widzisz pełną salę i artyści zaczynają grać. To jest zawsze swego rodzaju magiczny moment, bo wtedy wiadomo, że znowu ta cała długa droga przygotowań, w której uczestniczyło tyle osób, ma swój finał i udało się wszystko dowieźć do końca.
Tomasz Masłowski: Powiedziałbym, że z reguły moment rozpoczęcia koncertu. Wtedy obserwujemy reakcje sali, czy nagłośnienie jest w porządku i przede wszystkim, czy jest ten „click” pomiędzy artystą a publicznością. Jeśli wszystko jest w porządku, wtedy możemy sami w spokoju cieszyć się występem artysty.
Bartosz Stobiński: Ciężko powiedzieć tak jednoznacznie, bo każdy koncert ma trochę inną charakterystykę. Czasem zdarzają się produkcje, które powstawały w pocie czoła i po drodze było sporo komplikacji, wtedy cieszy już sam fakt otwarcia klubu/hali i wpuszczania ludzi oraz wyjścia artysty na scenę. Czasem, kiedy wszystko przebiega bezproblemowo, a sala jest wypełniona po brzegi, cieszy najbardziej ten moment, kiedy cała sala oklaskuje na końcu występ i chce więcej. Natomiast pełen spokój osiągamy zawsze w momencie, jak artysta schodzi ze sceny. Wtedy już wiadomo, że można się trochę rozluźnić, praca została wykonana i wszyscy mogą zbić piątkę za udany dzień.
Na pewno zaskakujące jest to, jak ta branża się rozwinęła przez lata i nadal rozwija. Powstało dużo nowych naprawdę inspirujących festiwali i innych projektów około muzycznych, od których również możemy czerpać wiedzę i cały czas się uczyć. Czasami zaskakuje nas wyporność rynku i to ile wydarzeń na przestrzeni krótkiego czasu może się dobrze sprzedać. Kiedyś taka ilość wydarzeń, jaka jest obecnie na rynku, byłaby dla nas nie do wyobrażenia.
Rynek koncertowy zmienia się tak dynamicznie z roku na rok, że mamy wrażenie, że to jest trochę jak przewidywanie, jak będzie wyglądało kiedyś AI. Wydaje nam się, że za 20 lat będą w tej branży takie rzeczy, o których dzisiaj jeszcze nikt z nas nie jest w stanie pomyśleć. Jednak byłoby nam ogromnie miło, gdyby w 2045 roku agencja Winiary Bookings nadal była ważnym podmiotem na rynku koncertowym, oferując ludziom to, co najlepiej potrafimy — koncerty fajnych artystów.
Dla artystów i wszelkich partnerów, pomagających produkować nam wydarzenia — jako solidna i niezawodna ekipa, która zawsze dowoziła, niezależnie od okoliczności i dzięki której życie w trasie było możliwie jak najłatwiejsze i najprzyjemniejsze. Dla fanów — jako agencja, która spełniała ich marzenia, sprowadzając te największe gwiazdy, ale też tych nieoczywistych, niszowych artystów i która pomagała swoimi działaniami w jak najlepszym czerpaniu z tego experience’u, jakim jest koncert.
Choć trudno przewidzieć, jak za 20 lat będzie wyglądał rynek koncertowy, jedno pozostaje niezmienne – misja Winiary Bookings, by dostarczać fanom niezapomnianych muzycznych doświadczeń. Niezależnie od skali wydarzeń, od kameralnych klubowych setów po wielkie hale, agencja chce być zapamiętana jako ekipa niezawodna dla artystów i spełniająca marzenia publiczności.