Kevin De Vries – emocjonalne techno na światowym poziomie
Kevin De Vries to artysta, który w zaledwie kilka lat przeszedł drogę od pracy w supermarkecie do największych scen świata, redefiniując współczesne brzmienie techno i trance’u. Od debiutu w 2015 roku tworzy swoją własną niszę – widowiskowe, hybrydowe techno pełne dramatyzmu, euforii i emocjonalnego napięcia. Jego sety i produkcje to nie tylko taneczny rytm – to podróże przez melancholię, ekstazę i poczucie wspólnoty. Wspierany przez takie wytwórnie jak Cocoon, Drumcode czy Afterlife, De Vries szybko stał się jednym z kluczowych graczy nowej generacji europejskiego clubbingu, regularnie występując na takich festiwalach jak Tomorrowland, Awakenings czy ADE.
Od supermarketu do Afterlife – droga z pasji i determinacji
Zanim na dobre zaczął żyć z muzyki, Kevin godził granie setów z pracą jako kierownik sklepu i studiami. W dzień układał towar, w nocy grał sety w trzech krajach w jeden weekend. Wszystko po to, by móc samodzielnie zbudować studio i stworzyć brzmienie, które rozpoznawalne będzie na całym świecie. Inspiracje czerpał z niemieckiego hip-hopu, ale kluczowym momentem był dla niego seans Berlin Calling, który otworzył mu oczy na potęgę emocji w muzyce elektronicznej. Jego kawałki – jak „Meraki”, „Arakat” czy remiks „Saltwater” Chicane’a – z miejsca stały się hymnami klubowymi, rozgrywającymi się na przecięciu trance’owego uniesienia i technicznej precyzji.
Między Tomorrowland a klubem Tama – artysta, który nie zapomina skąd pochodzi
Mimo globalnej kariery i rezydencji na imprezach Afterlife, Kevin De Vries nie odcina się od klubowej sceny undergroundowej. Od lat związany z poznańskim klubem Tama – gdzie regularnie gra i zaprasza przyjaciół z europejskiej sceny – podkreśla, że najważniejsze jest dla niego dobre nagłośnienie i prawdziwa energia. W jego podejściu do sceny nie ma miejsca na rywalizację – wierzy w wspólnotę, autentyczność i wzajemne wsparcie, a nie pogoń za statusem. Dziś, jako jeden z najbardziej wpływowych DJ-ów młodego pokolenia, pokazuje, że wielka scena i underground mogą i powinny współistnieć – dla dobra muzyki i ludzi, którzy ją kochają.